Rok 2011

Skończył się czas adwentu i oto kolejny już raz obchodzimy pamiątkę Narodzenia Pańskiego. W tę świętą noc, jedyną w swoim rodzaju, Bóg przychodzi do człowieka i zaprasza go do wspólnego, opartego na czytelnych ale i wymagających zasadach partnerskiego dialogu. Od razu rodzi się pytanie po co? Właściwie to Bóg nikogo zapraszać do dialogu nie musiał! Nie musiał się objawiać, nie musiał stwarzać świata, ani też powoływać w tym świecie do istnienia człowieka i innych stworzeń. Jest przecież tak doskonały że podjęcie czy niepodjęcie dialogu z człowiekiem ani tej doskonałości by mu nie umniejszyło, ani też nie powiększyło.

 

Już w starożytności filozofowie, ustalili i chyba mieli słuszne w tej materii intuicje, że Bóg jest z natury doskonały, że nic z zewnątrz nie jest w stanie dodać czegoś do tej doskonałości lub czegoś z niej ująć. Jeśli Bóg jest doskonały to nie potrzebuje człowieka, to dlaczego jako pierwszy, mówiąc metaforycznie, ?wyciągnął do niego rękę?? Powiedzielibyśmy po naszemu, że chyba miał jakieś ?motywy? dlatego tak uczynił a może jakiś ?interes? w tym widział?

Z pomocą przychodzi nam pewna tradycja ? neoplatonizm. Neoplatonicy powiadali, że Bóg oprócz tego że jest doskonały i niedostępny dla ludzkiego umysłu jest także Dobry z natury, że właściwie dobro najbardziej wyraża istotę samego Boga. Nie Byt ale właśnie Dobro oddaje istotę Boga - jak mawiał Józef Tischner - swego czasu. Bóg jest Dobry ? oto aksjomat tej filozofii. Dobro to imię Boga ? tak można jeszcze powiedzieć aby zobrazować całą koncepcję. A Dobro ma taką naturę, że chce się dzielić. Dlatego scholastycy powiadali za neoplatończykami bonum est diffusivim sui. Jeśli coś jest autentycznie dobre to nigdy tego dobra nie pragnie zachować tylko dla siebie. Zawsze chce się dzielić nim z innymi. I powiadali uczelni neoplatonicy, że Bóg który jest Dobrem niejako z ?nadmiaru tego dobra? zapragnął się tym podzielić ze światem oraz z człowiekiem. Bóg ma jakby w sobie jakieś ?pragnienie?, które jest czymś koniecznym choć nie przekreśla jego wolności. To pragnienie ?podzielenia się sobą?. Neoplatonicy, zwłaszcza chrześcijańscy, stworzyli w ten sposób piękną i niepozbawioną subtelności metafizykę aby pokazać w jaki sposób Dobry i Doskonały Bóg dzieli się tym nadmiarem dobra ze wszystkimi stworzeniami. Pomijając te spekulatywne subtelności, które odstraszają przy pierwszym zetknięciu z tekstami neoplatoników, możemy chyba powiedzieć, że Bóg tylko dlatego przyjął ludzką postać, gdyż jest z natury Dobry. Jeśli jest Dobry, to pragnie się dzielić tym dobrem, taka jest bowiem natura tego dobra. Gdyby Bóg był tylko doskonały z znaczeniu metafizycznym, czyli gdyby był jak powiada Tomasz z Akwinu, czystym istnieniem bez żadnej domieszki materialnej potencjalności, wtedy chyba oczywistym pozostaje dla nas fakt, że nie musiałby się objawiać, ani stwarzać, nie byłoby w nim nic takiego czym mógłby się podzielić z innymi.  Ale Tomasz dobrze wiedział o tym, dlatego idąc wiernie za neoplatonikami określa Boga jako Dobro Absolutne, które z miłości pragnie się sobą dzielić z innymi stworzeniami.

Bóg będąc dobrem dzieli się z nim człowiekiem w tym sposób, ze pragnie być z nim najbliżej jak tylko się da. Czyli przez cielesną obecność. Nie ma innej bliskości dla człowieka, jak bliskość poprzez obecność cielesną innego człowieka. W osobie Jezusa Chrystusa, Bóg objawia w sposób najpełniejszy swoją dobroć a także i miłość do człowieka. Wcale przez to nie uniżył się ani nie ogołocił, lecz jeszcze bardziej potwierdził swoją doskonałość i absolutność. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego? Bóg nie musiał się wcielać się ludzka naturę, nie musiał poznawać człowieka od środka, on go przecież dobrze znał ?jeszcze przed założeniem świata?. Zbliżył się do człowieka aby uświadomić mu kilka ważnych rzeczy, nie z punktu widzenia ?interesu? Boga ale z punktu widzenia ?interesu? człowieka. Ważne jest aby uświadomić sobie, że Bóg nie przychodzi dla siebie. Gdyby tak było wtedy nie byłby doskonały, czegoś by mu brakowało a przyjście na świat w ludzkiej postaci miałoby wtedy w jakiś sposób dopełnić jego brak doskonałości. A Bóg  niedoskonały to wewnętrzna sprzeczność! Jeśli jest On absolutnie doskonały i dobry, zatem nie czyni tego dla siebie tylko dla człowieka. Bóg ?myśli? o człowieku i to jest to coś niesamowitego.

Jest to pewien kontrast do tego co spotykamy np. u wielkiego greckiego filozofa Arystotelesa. Kiedy czytamy końcowe partie Jego Metafizyki aż dziw bierze, jak ten inteligentny Grek mógł stworzyć koncepcję Boga egoisty, który kocha tylko samego siebie, gdyż nie może on interesować się nikim innym poza samym sobą. Dlaczego ten Grek myślał o Bogu w ten sposób? Arystoteles był przede wszystkim dzieckiem swojego czasu. Wtedy myślano, że to co doskonale może mieć za przedmiot myśli tylko to, co jest doskonałe. Temu co doskonałe jakby nie przystoi stawać z tym co niedoskonałe. A zatem skoro Bóg jest doskonałym bytem, przedmiotem Jego intelektualnej kontemplacji może być tylko on sam, jako doskonałość. Gdyby Bóg myślał o czymś innym niż on sam, wtedy skalałby się niedoskonałością. Zwłaszcza gdyby myślał o tym co skończone, co ziemskie. Jak zapytał złośliwy filozof, co to za Bóg, który boi się myśleć o niedoskonałości o skończoności? No właśnie, Bóg chrześcijański nie tylko, że się nie boi o niej myśleć ale także ?zanurza się w niej?, aby być blisko człowieka. Soren Kierkegaard duński filozof oddał to pisząc, ?Nieskończoność zanurzyła się w skończoności?.

Bóg przyszedł do nas aby pokazać mam drogę w jaki sposób mamy osiągnąć zbawienie. Droga ta polega na realizacji przykazania miłości Boga i bliźniego. Oto cały motyw dlaczego dobry Bóg przyszedł do człowieka, po to aby powiedzieć mu, że warto kochać i obdarowywać miłością innych ludzi. W ten sposób Bóg, jak powiada, nieżyjący już wielki kapłan i filozof, abp Józef Życiński, jest ?niestrudzonym towarzyszem człowieka, subtelnym Poetą świata?. W swoich książkach stale akcentował obecność Boga w naszym życiu, przełamując arystotelesowski styl myślenia o Bogu. Bóg jest Bogiem bliskim, Bogiem z nami, przy nas. Jest obecny w każdej chwili naszego życia, przecież pozostał z nami do momentu aż wypełni się czas i powróci ponownie w blasku swej chwały? Bóg ?towarzysz człowieka? jest z nami wtedy kiedy radujemy się i kiedy płaczemy. Kiedy odchodzą nasi bliscy staje razem z nami?. Ten Subtelny Poeta Świata ociera łzy naszej duszy, kiedy w autentycznym oddaniu zwracamy się do niego z prośbą o pomoc. Napełnia nas mocą, aktywizuje do działania, kiedy otwieramy się na niego w naszych codziennych zmaganiach z życiem.

Kiedy obserwujemy dzisiejszą kulturę i zachodzące nieustannie w niej różnego rodzaju przemiany, to dostrzegamy ścierających się w sercach ludzkich dwóch Bogu. Jeden to Bóg Arystotelesa, Bóg egoista, który myśli tylko o sobie samym. Jego życiową dewizą jest: ?inni niech mnie kochają, ja kochać nikogo nie muszę, nie będę się kalał wyciąganiem ręki do innych?, i drugi Bóg w Osobie Jezusa Chrystusa, Bóg przynoszący miłość, którego dewizą jest ?bycie dla drugiego w miłości do końca?, ?nie ma bowiem nic piękniejszego jak to kiedy życie oddaje się za przyjaciół swoich?. Można powiedzieć, choć zabrzmi to niefortunnie, że Ci dwaj Bogowie toczą jakby walką o serce współczesnego człowieka. I zdaje się, że coraz częściej to właśnie Bóg Arystotelesa staje się naszym Bogiem i wzorem naszego postępowania wobec naszych bliskich. Współczesnemu człowiekowi jakoś bardziej odpowiada Bóg egoista, niż ten który w duchu bezinteresownej miłości, zaprasza do wyciągnięcia ręki, ku drugiemu człowiekowi. Jest on bliższy współczesnej mentalności?. Czyż nie jest tak, że chcemy być jak ten Bóg Arystotelesa, który nikogo nie kocha ale przymusza ?nieruchomą atrakcją? innych do kochania siebie, jego przecież to nic nie kosztuje, on tylko stoi w miejscu a całe 54 sfery niebieskie ciągnie ku niemu w miłosnym pochodzie. Czyż nie pociąga nas taki obraz relacji interpersonalnych, czy nie jest za dużo w naszym życiu egoizmu i zapatrzenia na siebie, czy nie za dużo bezmyślnego zadufania w sobie, pychy i naiwnego oczekiwania, że świat będzie kręcił się tylko wokół nas?. Bóg Arystotelesa nie wyciąga ręki ku nikomu, i my też często tak robimy. Boimy się skalać podaniem ręki naszemu bliźniemu, który może potrzebuje pomocy, może jest brudny, śmierdzi, może leży na ulicy, lub został odrzucony przez struktury społeczne. Boimy się skalać nieczystością i niedoskonałością innych, tak jak Bóg Arystotelesa pragniemy tylko myśleć o sobie o swoich potrzebach i pragnieniach, sami napędzamy tę spiralę, która zamyka nas w naszym małym światku, bez możliwości otwarcia na innego. Jest jednak pewna subtelna różnica  między nami a Bogiem Arystotelesa. O ile jemu można wybaczyć to, że nie kocha innych, to nam już nie. On nie kocha innych tylko dlatego, że jest doskonały, a to co doskonałe przecież nie musi kochać, my zaś nie potrafimy kochać ale nie z doskonałości, tylko ze słabości z lęku jaki bardzo często nas paraliżuje kiedy spotykamy drugiego człowieka. Nasza niedoskonałość sprawia, że nie potrafimy podać ręki temu, który jest na marginesie życia, nie potrafimy powiedzieć ?kocham? tym którzy na to czekają i na to zasługują. Potrafimy się tylko misternie zasłaniać i racjonalizować wszystko na poczekaniu, tak aby raz jeszcze dać do wiwatu naszej niedoskonałości?.

Nowonarodzony Bóg pokazuje nam krótkowzroczność tych, co za przewodnika życia obierają Boga Arystotelesa. Chce nam powiedzieć, że nie tędy droga do pełnego rozwoju i szczęścia człowieka. Egoizm prowadzi człowieka do zatracenia, tylko miłość i otwarcie na innych jest drogą godną człowieka. Drogą na miarę człowieka. Bo miłość rozwija a egoizm niszczy wcześniej czy później?

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że na ziemi przez całe życie żyliśmy wedle zasad arystotelesowskiego Boga egoisty, czyli konsekwentnie myśleliśmy tylko o sobie a brzydziliśmy się innych ludzi, co spotkamy po śmierci. Okazuje się właściwie że nic, pustkę? Po śmierci spotkamy Boga, który nic do nas nie powie, nawet tego ?witam w klubie egoistów, byłeś dobry? czy coś w tym stylu. Gdyby bowiem coś do nas powiedział to od razu skalałby się niedoskonałością. Przy takim Bogu, gdyby hipotetycznie przyjąć że istnieje, będziemy okropnie samotni, a wiadomo, że egoista bardzo samotności się boi, więc zostanie w ostateczności ukarany stanem od którego ucieka przez całe życie, na Boga bowiem liczyć nie ma co, ten mu nie pomoże, tam miłosierdzia ani sprawiedliwości nie ma?.

Wspominając pamiątkę Narodzenia Jezusa Chrystusa winniśmy sobie uświadomić, parafrazując niedoskonale słowa wieszcza, że biada nam jeśli Jezus Chrystus narodził się tylko w betlejemskim żłobie, a nie narodził się w naszym sercu. Narodzenie Jezusa w naszym sercu trzeba rozumieć jako narodzenie miłości do drugiego człowieka i do Boga, jako wielką erupcję lawy miłości? Kiedy człowiek odkrywa w sobie dar Bożej miłości, wtedy może z radością zaśpiewać ?z narodzenia Pana dzień dziś wesoły?? wtedy niech z całej siły wyśpiewują Bogu wszystkie w nas istniejące żywioły. Faktycznie, jeśli ta miłość w nas się narodziła jest się z czego cieszyć i radować i jest też za co Bogu dziękować. A kiedy nie narodziła się, to jest powód do smutku, ale i pytanie co mogę zrobić aby się narodziła.

Kiedy już ta miłość w nas się narodzi, wtedy można świętować Boże Narodzenie nie tylko jako odległy fakt historyczno ? zbawczy, który rejestruje historia zbawienia ale jako rzeczywistość dokonującą się teraz w naszej duszy, w przeżywanym przez nas obecnie czasie życia. Tylko wtedy przeżywanie Bożego Narodzenia ma sens, kiedy doświadczamy jak rodzi się w nas autentyczna i szczera miłość oparta na życzliwości do brata czy siostry, którzy przez miłość Chrystusa tej nocy stają dziećmi tego samego Boga. Boże Narodzenie w naszym sercu detronizuje egoizm ,który dziś króluje w sercu tak wielu ludzi i stanowi jedyny motyw ich działania.

I na koniec jeszcze o roli Matki Najświętszej w dzisiejszym święcie.

Jaka w tym wszystkim jest Jej rola? Ważne aby to dziś jasno i wyraźnie  sobie uświadomić. Właściwie rzecz biorąc, Boże Narodzenie zaczęło się od Maryjnego TAK, które jako pokorna służebnica Pańska wyrzekła Aniołowi w dniu Zwiastowania. W owym TAK Maryja przyjęła Boga do swojego serca nie tylko z znaczeniu fizycznym ale przede wszystkim duchowym. Jest dla nas wzorem akceptacji Boga w życiu i przykładem pełnego oddania się Jego odwiecznym postanowieniom.  To w Jej sercu w sposób najbardziej doskonały narodził się Bóg ? człowiek. Przez całe życie dawała temu żywe świadectwo.  Podobnie jak Maryja winniśmy powiedzieć Bogu przychodzącemu w ?postaci? dziecięcia -  TAK - niech i w nas wzorem Matki Najświętszej dokona się prawdziwe narodzenie i przyjecie maleńkiego Jezusa. Pamiętamy z Ewangelii tę sytuację, kiedy przyszli do Jezusa ludzie i powiedzieli mu, że oto Matka Twoja i Twoi bracia czekają na Ciebie a Jezus im odpowiada, któż jest moją Matką, kim są moi bracia. Ta odpowiedź może szokować, ale kiedy zagłębimy się w jej sens staje się zrozumiała. Jezus powiada, ci są moją Matką i moimi Braćmi, którzy słuchają słów moich i zachowują je w swoim sercu. To samo przecież robiła Maryja trzymając na sercu Jezusa, rozważał wszystko w swoim sercu? Nie zatem ci co tylko chodzą za Jezusem i wołają Panie Panie są jego uczniami. Nie ci o tylko usłyszą i zapomną ale ci którzy tymi Jezusowymi słowami potrafią żyć codziennie. Polega ono na dawaniu świadectwa w pracy, szkole na uniwersytecie, szpitalu czy w innych miejscach spotkania z drugim człowiekiem.

Bóg przychodzi na świat, nie jak król, tylko jak biedak w szopie gdyż, jak podaje Pismo nie było bowiem dla niego miejsca w gospodzie. Przychodzi w prostocie. To nie przypadek ale celowy zamysł Boga. Zwróćmy uwagę, kto jest przy jego ?tronie? w stajence. Oto są przy mim prości pasterze, których Anioł Pański przywołał ze straży nocnej. Bóg woła do siebie ludzi prostych. Bóg objawia się najpierw prostym pasterzom, a nie uczonym filozofom. Dlaczego przy jego żłóbku nie ma uczonych teologów ani filozofów, tylko są prości ludzie, może nawet nie umiejący czytać czy podpisać się. Prości pasterze są tutaj wyrazem prostoty serca. Bóg chce nam pokazać, że nasza wiara ma być prosta i szczera, tak jak wiara i postawa pasterzy, którzy uwierzyli i przyszli oddać pokłon. Nie spekulowali, czy to dziecię to Bóg czy nie Bóg, tylko po prostu zwyczajnie zawierzyli, przyszli i pokłonili się. Nowonarodzonego Jezusa trzeba przyjąć w prostocie serca a nie w zadufaniu i poprzez wyrafinowane formułki teologiczno ? filozoficzne. Możemy powiedzieć inaczej jeszcze Bóg przychodzi jako dziecko i pokazuje nam, że trzeba go przyjąć tak jak przyjmuje się nowonarodzone dziecko w rodzinie, czyli w duchu miłości i radości. On dziś obecnych jest przy tych wszystkich dzieciach odrzuconych i wystawionych na mróz, śnieg i ludzkie poniżenie, on jest dziś z tymi, którzy walczą o każde ludzkie życie, o prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Nowonarodzony Pan, chce nam dziś powiedzieć, jak wielką wartość ma ludzkie życie. Bóg przychodzi w prostocie i zachęca nas do prostoty, nie do prostactwa z którym często prostota jest mylona a przez to obśmieszana i dewaluowana, jako pewna wartość chrześcijańskiego życia.

Zanim Bóg oddał się w ręce człowieka na drzewie krzyża, oddał się w jego ręce już w betlejemskiej stajence. Już tam postawił na ludzką wolność. Nie chciał nikogo do niczego zmuszać. Pierwszym gestem Boga wobec człowieka było uszanowanie jego wolności. I już wtedy został odrzucony. Musiał uciekać do Egiptu przed ludzkim egoizmem i zawiścią, która chciała go zgładzić. Bóg nie pozostał jednak uciekinierem, powrócił aby zmierzyć się z ludzkim egoizmem i nienawiścią, pokonał je miłością. Dlatego jest dla nas przykładem, że zła nie zwalcza się złem, tylko miłością. Choć współczesny człowiek za nic na świecie tego nie pojmuje, to prawda, zło niszczone przez zło podwaja się i rośnie w siłę, tylko miłość może go zniszczyć. Bóg, o czym musimy pamiętać, nie chce ślepych wyznawców tylko ludzi wolnych i biorących odpowiedzialność za swoją wiarę.

I jeszcze jedna ważna sprawa o której trzeba dziś powiedzieć. Mamy w naszej świątyni piękny wizerunek N. M. P Matki Pocieszenia. Zapytajmy siebie samych, co tak naprawdę widzimy kiedy na niego patrzymy. Powiem tylko, że obraz ten świetnie przedstawia istotę Bożego Narodzenia i rolę jaką odegrała w nim Maryja. Wracając do naszego pytania, co widzimy kiedy patrzmy na obraz? Odpowiedź jakby nasuwa się sama, jasne, że Matkę Boską. Otóż chcę powiedzieć stanowczo, że NIE. To co widzimy to przede wszystkim Maryja wskazująca na Jezusa Chrystusa, Maryję wskazującą na Boga w Trójcy Jedynego. Ta prawda przedstawiona w tym obrazie niestety umykam nam, jest przez nas w ogóle niedostrzegana. Warto zapytać dlaczego? Kompozycja obrazu jest jasna i czytelna. Maryja odgrywa w jego strukturze jakby drugoplanową rolę, zresztą taką rolę odgrywała przez całe życie, akceptowała ją. Tę drugoplanowość dobrze pokazuje Ewangelia nawet w momencie zwiastowania. Jeśli tylko patrzymy na obraz i widzimy tam Maryję, to nasze widzenie jest nieadekwatne, to co widzimy, co raz jeszcze trzeba to powiedzieć, to Maryję wskazującą na Jezusa Chrystusa jako Osobę Trójcy Świętej. Maryja zajmuje jakby rolę drugoplanową, zresztą innej roli w swoim życiu nie pragnęła. Od początku do końca chciała pozostać tylko pokorną służebnicą pańską, nikim więcej.

Maryja wskazując na małego Jezusa pokazuje nam jak powinniśmy przyjąć go do naszego serca. Spojrzenie Maryi zwrócone jest tylko w jedną stronę, w stronę Jezusa, choć my czasem odnosimy wrażenie, że w którym miejscu nie stalibyśmy w Sanktuarium to Maryja patrzy tylko na nas. Właśnie nie. To tylko nasze złudzenie. Chcielibyśmy jej spojrzenie niejako zawłaszczyć dla siebie. To jest właśnie subtelny przejaw naszego egoizmu, że nawet spojrzenie Matki Boskiej chcemy zawłaszczyć tylko dla naszych głęboko ukrytych pobudek i potrzeb, a być może kompleksów. Jednakże uważne spojrzenie na strukturę i kompozycję obrazu pozwala odkryć prawdziwą ?logikę? spojrzenia Matki Najświętszej.

Jej spojrzenie skierowane jest tylko w jedną stronę, tak jak było skierowane przez całe Jej życie, w stronę Jezusa, w stronę samego Boga, który w Osobie trzymanego na jej rękach dzieciątka stał się bliski człowiekowi od początku aż do śmierci krzyżowej. To miłosne spojrzenie skierowane jest na to, co w jej życiu było najważniejsze i co powinno być też najważniejsze dla każdego z nas osobiście. Dziś Maryja chce nam powiedzieć, że nasze spojrzenie powinno być skierowane tylko w stronę Jezusa Chrystusa. Tym samym wyraźnie zakreśla Ona centrum naszego życia chrześcijańskiego wokół którego winno się ono nieustannie koncentrować. Nie przyjmujcie do serca najpierw Mnie tylko  Boga, tego Nowonarodzonego, Boga miłości, Jemu zróbcie miejsce ? mówi dziś do nas Maryja.

To Bogu trzeba najpierw powiedzieć TAK. Owo TAK ma być naszym osobistym i najgłębszym wyznaniem wiary. Ma być naszym osobistym zawierzeniem się tylko Bogu, który w osobie maleńkiego Jezusa przychodzi dziś do każdego z nas indywidualnie. Wzywa nas po imieniu, zaprasza, nie zmusza, pragnie towarzyszyć nam przez całe życie, ale tylko my możemy wydać na to przyzwolenie. Tylko my go możemy zaprosić!

U początku dziejów odkupienia człowieka tak właśnie uczyniła Najświętsza Maria Panna wypowiadając z całą mocą i samoświadomością swoje TAK - dla Bożego planu odkupienia człowieka, którego ona była jakby ?narzędziem?. Dlatego zawsze musimy pamiętać - tylko Jezus Chrystus jest w Centrum życia chrześcijańskiego. Tylko Bóg jako Trójca w jedności istotowej i miłosnej Syna i Ducha ma moc wybawienia człowieka od wszelkiego zła i grzechu.

To On dziś narodził się dla NAS nie dla SIEBIE! Narodził się dla MNIE I DLA CIEBIE. I tak jak nic nie musiał, tak Ty człowieku dziś też nic nie musisz. Możesz powiedzieć TAK lub NIE. On jako jedyny potrafi to zrozumieć i zaakceptować. Kiedy bowiem narzekamy i użalamy się że nikt nas nie rozumie, to pamiętajmy, że jest ktoś, kto rozumienie nas doskonale, że jest ktoś, kto szanuje każdy nasz wybór i każdą naszą decyzję. Ten ktoś nie jest naszym sędzią, nie jest naszym fatum. On jest spolegliwym ale ostrzegającym nas przyjacielem, pozwalającym robić to co się nam tylko podoba. Ale o jednym warto pamiętać, konsekwencje ponosimy tylko My nie On. O tym zazwyczaj nie pamiętamy a szkoda, bo czasem mały błąd na początku, jak powiada św. Tomasz z Akwinu, wielkim staje się na końcu.

Autentyczna miłość nigdy nie rozdziera szat?.